Frokostblanding #32 Studiowanie w Norwegii

Jak to jest być studentem w Norwegii, jednym z najbogatszych krajów świata? Czy norwescy studenci zmagają się z podobnymi rozterkami, co polscy? A może wiodą życie, które jest istną sielanką? Na te pytania odpowiem w dzisiejszym wpisie śniadaniowym i mam nadzieję, że zaspokoi on nieco Waszą ciekawość.

Już od jakiegoś czasu myślałam o poruszeniu tego tematu, więc na razie zrobię to tak „na próbę”, na początek nowego semestru. Ci z Was, którzy studiują pewnie właśnie mają sesję lub ferie, więc myślę, że temat jest na czasie. A więc, jak to właściwie jest być studentem w kraju fiordów?

System punktów

W czasie moich studiów kilkukrotnie miałam możliwość wyjazdu do Norwegii i poznania studenckiego życia tam. Choć były to wyjazdy w ramach wymian lub stypendiów naukowych to i tak myślę, że było wiele punktów wspólnych, jeśli chodzi o system studiowania i zajęcia dodatkowe.

Pierwsze, co z pewnością zaskoczy, ale pewnie też i ucieszy polskiego studenta to norweski system punktów za poszczególne przedmioty (studiepoeng). Takie punkty to nic innego, jak określenie nakładu pracy niezbędnego do zdania danego przedmiotu i opanowania omawianego materiału.

W Polsce przedmioty na uniwersytetach mają zazwyczaj od jednego do trzech-czterech punktów, w zależności od uczelni i kierunku. W Norwegii ta kwestia wygląda zupełnie inaczej. Zwykły przedmiot może mieć przykładowo 7,5 czy nawet 15 punktów, co wcale nie znaczy, że norwescy studenci spędzają pół życia na uczelni. Takie przedmioty odbywają się często raz-dwa razy w tygodniu. Pamiętam, że moje seminarium magisterskie na NTNU w Trondheim miało 15 punktów, przy czym nie odbywały się z tego przedmiotu żadne zajęcia. Tak, dobrze przeczytaliście. Jednak zdobycie tych 15 punktów nie oznaczało zupełnej sielanki. Mieliśmy do przeczytania dość pokaźną listę opasłych książek, z których musieliśmy później skorzystać pisząc pracę zaliczeniową. Jak to więc możliwe, że tego typu przedmioty mają aż tyle punktów?

Różnica leży oczywiście w sposobie obliczania punktów. Norweski system bierze pod uwagę pracę własną studentów, a więc np. wykonywanie zadań domowych, projektów, ale też np. czytanie książek z obowiązkowej listy, która dołączana jest najczęściej do sylabusa. Nie, nikt nie sprawdza czy studenci faktycznie to czytają, ale większość po prostu to robi, bo w sumie na tym polega studiowanie, prawda?

Wkład własny

Jakoś tak smutno utarło się w Polsce, że student to nierób, co niestety często potwierdzają sami zainteresowani. O ile niektóre kierunki wciąż kojarzą się z „ryciem” i byciem nołlajfem, o tyle większość programów studiów to podobno czysta sielanka, masa wolnego czasu i imprezowanie. Nie będę tu wnikać w szczegóły, bo nie o tym jest ten wpis. Marzę tylko, żeby nasze podejście do studiowania trochę się zmieniło i żeby czytanie wszystkich lektur z listy danej przez wykładowcę należało do dobrych praktyk, a nie było obciachem. Może dlatego nikt jeszcze nie przyznaje punktów za pracę własną, bo niewiele osób ją wykonuje? Niestety coś na ten temat wiem, zarówno z perspektywy studentki wcześniej, jak i lektorki teraz.

Pierwszy studencki pobyt w Norwegii wiele mnie nauczył. Na początku myślałam, że studiowanie będzie polegać głównie na chodzeniu na zajęcia i „odbębnianiu” nudnych wykładów. Jakie było moje zaskoczenie, gdy otrzymałam plan zajęć (a raczej sama go sobie ułożyłam rejestrując się na odpowiednie przedmioty online), w którym widniały trzy zajęcia, z czego jedne były wspomnianym seminarium. Pierwsza myśl była oczywista: będę mieć masę wolnego czasu! Myślałam tak może dwa tygodnie, gdy zobaczyłam, że inni przychodzili na zajęcia przygotowani i byli w stanie dyskutować z wykładowcą, a ja siedziałam z tyłu niewiele rozumiejąc z tego wszystkiego. Na szczęście szybko poszłam po rozum do głowy, zajrzałam do listy lektur kursu i po prostu zaczęłam się uczyć na zajęcia. Tak, uczyliśmy się przed każdymi zajęciami, a nie tylko na egzamin. Szokujące, prawda? ;)

Pracę własną studentów w Norwegii widać doskonale, gdy zajrzymy do biblioteki czy sal przeznaczonych do pracy. Zawsze ktoś tam jest i to nie tylko w czasie sesji. Podręczniki rekomendowane do poszczególnych kursów znikają z księgarni i bibliotecznych półek w tempie ekspresowym. Norwegowie często też spotykają się w mniejszych lub większych grupach (kollokviegrupper), żeby razem się uczyć i zazwyczaj nie wynika to z konieczności pt. „musimy zrobić prezentację”, a ze zwykłej chęci zrozumienia danego tematu czy przedyskutowania czegoś. Mnie taka grupa pomogła zdać pewien ważny egzamin, który z pewnością byłby moją zmorą, gdybym nie skorzystała z pomocy innych. Choć nie ukrywam, że zajrzenie do podręcznika i przeczytanie artykułów z listy sylabusowej też bardzo dużo mi pomogło :)

Finanse i akademiki

Kwestia finansowa w przypadku studenckiego życia to coś, co w Polsce zazwyczaj jest dość drażliwym tematem. Chyba nie jest tajemnicą, że statystyczny student w Polsce zazwyczaj nie jest milionerem i często musi dodatkowo pracować. Niektórzy myślą natomiast, że Norwegom to dobrze, bo wszyscy są tacy bogaci i nie muszą się martwić tak przyziemnymi kwestiami. Cóż, chyba czas najwyższy obalić ten mit.

Norwegia jest bogatym krajem, zgadza się. Ale to również kraj z zupełnie innym podejściem do pieniędzy. Młodzi ludzie, nawet ci z bogatych rodzin, często zaczynają studia od… wzięcia pożyczki studenckiej. Tzw. studielån jest powszechna wśród większości i nikt nie robi z tego tematu tabu, jak w Polsce. U nas o takich rzeczach się nie dyskutuje, a jak już ktoś wziął taką pożyczkę to lepiej powinien siedzieć cicho, bo to przecież nie jest cool. Przynajmniej tak było, gdy ja studiowałam. Poza tym słyszałam też wielokrotnie, że taka pożyczka to rzucanie sobie kłód po nogi i że właściwie nie da się jej spłacić. Wiem, że dziś jest sporo programów, które oferują pożyczki studenckie z niskim oprocentowaniem lub nawet bez niego, a dobre wyniki w nauce mogą sprawić, że część tej pożyczki zostanie zamieniona na stypendium, którego rzecz jasna nie trzeba spłacać.

Ale wróćmy do Norwegii – czy studenci faktycznie są biedni? Porównując z osobami aktywnymi zawodowo mają trochę mniej, ale wciąż jest to suma, która pozwala na normalne życie. Spłacanie pożyczek również jest czymś normalnym i z reguły kilka pierwszych lat po studiach przeznacznych jest właśnie na to. Taka pożyczka wydaje się też dobrą motywacją do dobrej nauki, bo część długu może wtedy zostać umorzona, a poza tym Norwegowie szybciej wchodzą po studiach na rynek pracy. Oczywiście są też oczywiste minusy takiej sytuacji, jak chociażby wiszące nad głową widmo bankructwa w przypadku nieznalezienia pracy. Grunt to po prostu nie demonizować pożyczek studenckich, a raczej informować studentów o możliwościach, jakie mają.

Finanse wiążą się nierozerwalnie z sytuacją mieszkaniową, bo właśnie to ten aspekt często pochłania większość skromnego studenckiego budżetu. W Norwegii wielu studentów decyduje się na mieszkanie w akademikach, które UWAGA UWAGA, są dostępne dla wielu osób, a nie tylko dla tych specjalnie wybranych. Pamiętam, że zanim wyprowadziłam się na studia do Poznania jedną z pierwszych rzeczy, które usłyszałam było to, że nie ma co aplikować o akademik, bo a) raczej go nie dostanę i b) jest tam tak brudno i głośno, że pewnie nawet nie chciałabym tam zostać. Jak łatwo sobie wyobrazić taka wiazja na długie lata skrzywiła moje podejście do akademików i przed pierwszym wyjazdem do Norwegii miałam ataki paniki na myśl o tym, że będę musiała zamieszkać właśnie w takim miejscu.

Tutaj muszę wspomnieć o różnicy między polskimi i norweskimi akademikami. Te norweskie najczęściej mają formę mieszkań i nie istnieje tam coś takiego jak pokoje wieloosobowe, a przynajmniej ja się z tym nigdy nie spotkałam. W Polsce natomiast pokoje 1-osobowe były świętym graalem, dostępnym tylko dla doktorantów ostatnich lat lub młodych wykładowców. Bardzo chcę wierzyć, że to się powoli zmienia (a może już się zmieniło?) i że polskie akademiki przestaną straszyć.

Tak naprawdę mieszkanie w ładnym pokoju i dzielenie przestrzeni wspólnych z innymi studentami było całkiem przyjemne. Zdarzały się oczywiście irytujące sytuacje, ale podobnie jest przecież, gdy wynajmujemy pokój czy mieszkanie prywatnie. Nigdzie nie jest idealnie, to oczywiste. Zdecydowanie wolę jednak system, który zapewnia studentom dach nad głową, a nie samowolkę, w której każdy musi się martwić o to, żeby nie wylądować pod mostem w nowym mieście. Studiowanie w Polsce wiąże się często z przeprowadzką do nowego miejsca i stresem, do którego dochodzi walka o studenckie pokoje. Mocno trzymam kciuki, żeby kiedyś polscy studenci mogli skorzystać z podobnej oferty akademików, jak w Norwegii. No i żeby jednak uczyli się z zajęć na zajęcia, a nie tylko przed sesją ;)


A Wy jakie macie doświadczenia ze studiów w Skandynawii?

5 uwag do wpisu “Frokostblanding #32 Studiowanie w Norwegii

  1. Wiesz może jak wygląda sprawa ze studiami doktoranckimi? Czytałam już o tym trochę, ale szukam pewniejszych informacji. Chciałabym emigrować do Norwegii i kontynuować tam karierę naukową. Słyszałam, że można robić doktorat 4 lata i jednocześnie pracować na uczelni, żeby coś zarabiać tam. Wiesz coś jeszcze na ten temat?
    Maja

    Polubienie

    • Bycie doktorantem w Norwegii wygląda tak, jak ma wyglądać wkrótce w Polsce, czyli doktoranci są pracownikami uczelni. Są dwie opcje: 3-letnia, która nie zakłada dydaktyki lub 4-letnia, gdzie trzeba prowadzić zajęcia. Oczywiście ilość godzin jest znacznie mniejsza. W Polsce doktoranci są tanią siłą roboczą, więc zazwyczaj mają pełne obciążenia (coś o tym wiem…). W Norwegii kładzie się nacisk na rozwój naukowy i to jest główny priorytet. Pensja pozwala normalnie żyć, więc i o to nie trzeba się martwić.
      Wiem też, że na niektórych programach studiów nie pisze się dysertacji jako takiej, a tytuł doktora jest przyznawany na podstawie kilku opublikowanych artykułów, które ponownie są poddawane recenzji przed obroną. Np. na Uniwersytecie w Tromsø, gdzie teraz jestem, jest kilka takich programów.
      Jest jednak pewien haczyk – doktoranci są z reguły zatrudniani do konkretnych projektów, a nie tak jak w Polsce, gdzie to doktorant wymyśla projekt, a uczelnia akceptuje go lub nie. Konkurencja w Norwegii jest spora, bo bardzo często ogłaszane jest jedno lub dwa stanowiska na danym wydziale. Może się też zdarzyć, że temat niekoniecznie odpowiada czyimś zainteresowaniom, więc wtedy trzeba czekać na kolejną rekrutację.
      Mam nadzieję, że choć trochę pomogłam. Daj znać, jeśli masz jakieś pytania. Sama jestem doktorantką, choć w Polsce, ale często jeżdżę do Norwegii w celach naukowych, więc trochę się orientuję :)
      Pozdrawiam!

      Polubienie

  2. Wpis fantastyczny! Jak zawsze czyta się Ciebie „łychami”😁. Jedynie jedna malutka korekta. W zdaniu: „ W Polsce przedmioty na uniwersytetach mają zazwyczaj od jednego TO trzech-czterech punktów…” (ta „usłużna” korekta, która się wcina po swojemu… nie lubię, nie lubię😠…😉). Serdecznie Cię pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Genialny wpis ;) Baardzo ciekawy, aż żałuję, że tak szybko się skończył. Studiowanie w języku norweskim musi być ciężkie samo w sobie, dlatego dobrze, że nie masz utrudnień w postaci mieszkania :D

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s