Dlaczego tęsknię za norweskimi pociągami?

pexels-photo-533608

Dzisiejszy wpis będzie złośliwy, ironiczny, lekko przekoloryzowany i pewnie nieco przydługi, więc jeśli nie jesteście w nastroju na taką lekturę to polecam przejście do innych artykułów. A jeśli jednak ciekawi Was dlaczego tęsknię za norweskimi pociągami to scrollujcie dalej. Być może okaże się, że mamy podobne doświadczenia?

Przez ostatnie miesiące spędziłam jakieś 200h w polskich pociągach. Oczywiście gdybym uwzględniła wszystkie dodatkowe godziny wynikające z opóźnień to pewnie spokojne dobiłabym do 210 czy nawet 220. Wydaje mi się więc, że mogę już co nieco powiedzieć o PKP, mając też w pamięci podróżowanie norweskimi pociągami. Tęsknię za tak wieloma aspektami podróżowania po Norwegii, że nie wiem czy jeden wpis wystarczy, ale zrobię co w mojej mocy, by pokazać Wam, że polskim przewoźnikom (i niestety pasażerom…) wiele jeszcze brakuje do Skandynawii.

Czas to pojęcie względne

Zacznijmy od rzeczy najbardziej oczywistej: Polska znajduje się w zupełnie innej strefie czasowej niż Norwegia. Że niby mamy tę samę godzinę? Cóż, czysto teoretycznie tak. Praktyka pokazuje jednak, że o ile norweskie pociągi są w stanie wyjechać ze stacji o czasie i dojechać do celu na czas, o tyle te polskie zdają się przenosić do innego wymiaru. No dobrze, może czasami (czyt. raz na kilka miesięcy) i norweskim pociągom zdarza się kilkuminutowe opóźnienie, które potrafi nieco popsuć humor Oli Nordmannowi, ale mimo wszystko na NSB (norweskie koleje) można liczyć. Na PKP… cóż. Liczyć można, ale łatwo się przeliczyć.

Spóźnialstwo przejawia się już w naszej mentalności, niestety. Gdy norweski pociąg nie przyjedzie na czas, pasażerowie zaczynają z niecierpliwością tupać nogą i nerwowo zerkać na zegarek. Wiedzą, że tak być nie powinno i są zdegustowani. Polscy pasażerowie za to coraz częściej przyjmują takie rewelacje powiedzeniem „PKP zawsze się spóźnia” albo „pewnie są remonty na trasie”. Remonty trzeba zrobić, pewnie, ale czy naprawdę tak trudno jest wprowadzić do rozkładu te dodatkowe minuty, których pociąg będzie potrzebował, by przebyć trasę? Wtedy pasażerowie wiedzieliby przynajmniej, że będą podróżować dłużej i byliby na to przygotowani. W rzeczywistości jest jednak tak, że w naszej świadomości zakorzeniło się już przekonanie, że pociągi się zawsze spóźniają i już. Nic z tym nie można zrobić. Raz usłyszałam nawet, jak konduktor na trasie, którą co tydzień podróżuję powiedział, że przez remonty ten pociąg zawsze ma „co najmniej” 30 minut opóźnienia. Świetnie, to cenna wiadomość. A może by tak te 30 minut dopisać do rozkładu i nie robić ludziom nadziei, że może akurat tego dnia pociąg przyjedzie na czas?

Podejrzewam, że osoby pracujące na kolei też już mają taką mentalność. Gdy pociąg spóźnia się raz, drugi czy trzeci to za czwartym razem zakładają w końcu, że dojadą o X minut/godzin później, niż wskazuje na to rozkład. Na wszystko znajdzie się przecież rozwiązanie. A co z ludźmi, którzy podróżują sporadycznie i naiwnie wierzą, że dojadą na czas lub zdążą na przesiadkę? Cóż, takim ludziom pozostaje życzyć dużej dozy cierpliwości, bo na informacje ze strony kolei raczej nie mają co liczyć.

Zastanawia mnie też jak to się dzieje, że w Norwegii, gdzie warunki geograficzne teoretycznie powinny znacznie bardziej utrudniać sprawne funkcjonowanie kolei niż u nas, NSB jakoś sobie mimo wszystko radzi. Gdy na trasie są remonty, na stronach internetowych i w rozkładach pojawiają się zmiany. Nikt nie może mieć później pretensji, że jechał do pracy 20 minut dłużej niż zazwyczaj, bo został o tym powiadomiony. To samo tyczy się też dłuższych tras, na których pociągi pokonują odcinki górskie. Tam opóźnienia zdarzają się sporadycznie, gdy tony śniegu totalnie zaskoczą pracowników kolei. Aż strach pomysleć jak taka ilość śniegu wpłynęłaby na funkcjonowanie polskich pociągów…

Po co komu toaleta

Jeśli podróżujecie czasem tzw. pociągami ekonomicznymi to pewnie wiecie o czym mówię. Okazuje się, że toaleta w pociągu to zbędny luksus, zwłaszcza jeśli zapłaciło się za bilet mniej niż w przypadku pociągów ekspresowych (choć i tutaj zdarza się, że takowego luksusu brakuje). Największe atrakcje zdarzają się zimą, gdy „siarczyste mrozy” (czyt. -2) powodują zamarzanie systemów hydraulicznych i konduktorzy wywieszają na drzwiach toalet zdawkową informację „WC nieczynne”. Jak ktoś ma pecha podróżować takim pociągiem z Przemyśla do Szczecina to powinien dobrze przemyśleć czy wypicie czegokolwiek podczas podróży to dobry pomysł.

Polski tabor oczywiście nie jest tak nowy i zadbany jak ten norweski, ale czy to naprawdę oznacza, że pasażerom nie należy się dostęp do toalet? Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w jakimkolwiek norweskim pociągu dalekobieżnym. A często i te lokalne mają toalety, które działają. Tak, nawet jeśli zima zaskoczy wszystkich, a na zewnątrz panuje prawdziwie siarczysty mróz.

Inną kwestią jest też stan toalet, gdy już zdarzy się, że są czynne. Pasażerom coraz częściej wydaje się, że skoro to nie ich własność i pewnie skorzystają z tego przybytku raz czy dwa to nie muszą dbać o czystość. Co tam inni pasażerowie, to już ich problem, prawda? Oszczędzę Wam szczegółów, ale obrazki, jakie czasem można zastać w takich miejscach mogą zostawić długotrwałą traumę. Ja wciąż dochodzę do siebie…

Wagon ciszy? A co to takiego?

Wagony ciszy to cudowny wynalazek. Podróżujecie z lotniska w Oslo do centrum? Możecie spokojnie usiąść w cichym wagonie i odpocząć po podróży. Nie usłyszycie tam głośnej muzyki, rozmów telefonicznych czy nawet rózmów między pasażerami. A jeśli jakiemuś niezorientowanemu turyście zdarzy się hałasować to z pewnością uciszą go pełne nienawiści spojrzenia współpasażerów.

W Polsce tylko jeden pociąg ma wagony ciszy. Tak, to słynne Pendolino, które kursuje na niewielu trasach. Kilka razy miałam okazję jechać w takim wagonie i tylko w tych przypadkach podróż minęła mi bez konieczności zakładania słuchawek czy posyłania zabójczych spojrzeń w stronę innych pasażerów.

Zazwyczaj jednak zamiast wagonami ciszy podróżuję wagonami totalnego chaosu. Nie mam tu na myśli rozmów osób, które podróżują razem. Nie dajmy się zwariować, to normalne, że ludzie ze sobą rozmawiają. Na skraj wytrzymałości doprowadzają mnie jednak inne zachowania. Jednym z nich jest głośne rozmawianie przez telefon i to zazwyczaj o prozaicznych rzeczach, które spokojnie można omówić po podróży lub na korytarzu w wagonie. Nie wiem dlaczego pasażerom w Polsce wydaje się, że inne osoby w przedziale chcą wiedzieć co słychać u cioci Krysi albo czy babcia Helenka nadal bierze te leki na wątrobę, po których ma mdłości i biegunkę. Chciałabym, żeby to były zmyślone historie, ale niestety nie są. Czasem je nawet zapisuję, gdy poziom rozmów jest tak zaskakujący, że brakuje mi słów, by je skomentować. Powiecie pewnie, że nieładnie jest podsłuchiwać? W pełni się z tym zgadzam! Ale jak tu nie słuchać rozmowy kogoś, kto siedzi obok nas i wydziera się do słuchawki, by przekrzyczeć odgłos jadącego pociągu? No jak?

Najbardziej ironiczne są sytuacje, które zdarzają się w nowszych taborach PKP, gdzie znajdują się ekrany. Wyświetla się tam wtedy krótki filmik o dobrych manierach podczas podróży. Jednym z elementów jest właśnie prośba o nierozmawianie przez telefon w przedziale i uszanowanie prywatności innych. I zawsze wtedy trafia się ktoś, kto siedzi przy samym ekranie i przez telefon nadaje na cały regulator o tym jak to już wsiadł do pociągu, że pociąg jedzie, że w środku jest ciepło, nie zimno i że chyba zaraz dojedziemy do jakiejś stacji… Raz nawet straciłam cierpliwość i skomentowałam ironię tej sytuacji, po czym osoba, która uraczyła cały wagon opowieścią o jakiejś Jolce z pracy tylko na mnie prychnęła.

Nigdy nie zdarzyła mi się podobna sytuacja w norweskim pociągu, nawet gdy wsiadłam do zwykłego wagonu, a nie tego cichego. Wydaje mi się też, że nawet turyści wsiadając do pociągów, w których panuje grobowa cisza czują się zobowiązani do odpowiedniego zachowania. A może tylko zawsze mam takie szczęście, że nie trafiam w Norwegii na gaduły?

Jak to: innym przeszkadza zapach kebaba?

Pewnie się czepiam, ale co tam. Jak już się czepiać to na całego. Naiwnie uważam, że podróżując z innymi ludźmi miło byłoby nie uprzykrzać im tego czasu np. jedzeniem, którego zapach utrzymuje się później przez długie godziny. Kupowane na dworcach fastfoody potrafią skutecznie odebrać apetyt innym współpasażerom, do nozdrzy których docierają tylko średnio przyjemne aromaty o niezindentyfikowanym pochodzeniu. Spędzanie całej podróży w takiej atmosferze to prawdziwy koszmar, wierzcie mi.

W polskich pociągach sprzedawany jest też alkohol i o ile piwosze opróżniają swoje puszki w Warsie to nic mi do tego. Zazwyczaj jednak tacy delikwenci wsiadają do pociągu już z całym zapasem wyskokowego napoju w torbie, a cały przedział musi się później jakoś pogodzić z tym, że powietrze po tym nie jest najświeższe. Swoją drogą, piszę ten wpis w pociągu i mój współpasażer na szczęście wykazał się zadziwiającym wyczuciem i właśnie wyszedł wypić kolejne piwo na korytarzu. Być może kątem oka zobaczył co piszę i postanowił nie dolewać oliwy do ognia ;)

Czy to miejsce jest zajęte?

Kilka lat temu PKP wprowadziło obowiązkową rezerwację miejsc w pociągach dalekobieżnych. Sama pamiętam jeszcze czasy, gdy kupując bilet do domu modliłam się w duchu, żebym się w ogóle zmieściła do pociągu i nie musiała stać całą drogę obok toalety (nieczynnej rzecz jasna). Dziś problem został zażegnany, bo kupując bilet płacimy też za miejscówkę. Wchodzimy więc do pociągu przekonani, że spokojnie usiądziemy na wskazanym miejscu… a tu klops. Miejsce jest zajęte. Nie, PKP nie sprzedało tej samej miejscówki dwóm osob (choć słyszałam, że czasem i to się zdarza). Niektórzy po prostu traktują numery miejsca i wagonu tylko jako sugestię, a jak usiądą gdzie indziej to trudno, jakoś to będzie. Ten jakośtobędzizm potrafi mnie wyprowadzić z równowagi. Rozumiem, gdy ktoś podróżuje z inną osobą i chce siedzieć obok niej. Wtedy zgadzam się na zamiany. Ale dlaczego, DLACZEGO ludzie siadają gdzie popadnie, a później reagują szokiem, gdy przychodzi inny pasażer i twierdzi, że to jego miejsce?

Hitem są też pytania pasażerów, którzy wsiadają do pierwszego lepszego wagonu/przedziału pytając innych „Czy to miejsce jest zajęte?”. A może by tak zerknąć na bilet i usiąść tam, gdzie powinniśmy? Zapewniam, że to znacznie ułatwia wiele spraw i nie trzeba się ciągle przenosić z miejsca na miejsce. Pamiętacie scenę z autobusu z „Dnia świra”, gdzie wszyscy co chwilę zmieniają miejsca? Podobne sceny rozgrywają się często w wagonach bezprzedziałowych polskich pociągów, gdy niektórzy siadają, gdzie chcą, a później ciągle muszą się przenosić, bo dosiadają kolejni pasażerowie.


Nie mieszkam na stałe w Norwegii, a tamtejszą koleją i autobusami podróżuję raczej turystycznie, ale zawsze bardzo miło wspominam te wyprawy. Nie czuję się po nich na wpół żywa i nie mam ochoty przeprowadzić się na bezludną wyspę, by już więcej nie słuchać fascynujących opowieści o wizytach u lekarza czy żeby nie wąchać zapachów podejrzanych kebabów i hamburgerów zakupionych na dworcu. Gdy planuję podróż po Norwegii z punktu A do punktu B to mogę liczyć, że dojadę na czas, a nawet jeśli nie to pewnie dowiem się co było powodem. Odbywając podobną podróż w Polsce uwzględnię za to 1-2-godzinny margines na ewentualne spóźnienie i przez cały czas będę nerwowo zerkać na zegarek i mapę w telefonie, patrząc jak mijają kolejne godziny, a kropeczka na mapie przesuwa się zdecydowanie za wolno.

Tak, brakuje mi skandynawskiego luksusu podróżowania. I nie zgadzam się z osobami, które mówią, że nie ma co narzekać tylko brać to, co jest. Chyba właśnie taka obojętność i lekkie podejście do lekceważenia pasażerów sprawia, że nikt nie traktuje nas poważnie. Nikomu nie zależy na satysfakcji podróżujących, bo przecież i tak są zdani na łaskę i niełaskę przewoźników. Jak komuś nie pasuje to niech nie jeździ pociągamị – tak brzmi standardowa odpowiedź na zarzuty. A mi właśnie nie pasuje takie traktowanie, tym bardziej, że za te podróże płacę i to nie mało. To pewnie bezczelność z mojej strony, ale oczekuję punktualności albo przynajmniej informacji o tym, co się dzieje. Mogę policzyć na palcach jednej ręki (nie żartuję!) ile razy dojechałam do celu na czas w ciągu ostatnich pięciu miesięcy. Coś mi się wydaje, że jednak nie powinno tak być…

A jakie Wy macie doświadczenia z podróży po Norwegii? Czy zdarzyło Wam się kiedyś gdzieś utknąć lub w ogóle nie dojechać do celu? Podzielcie się historiami w komentarzach! Jestem bardzo ciekawa czy tylko ja mam taki wyidealizowany obraz skandynawskich kolei czy tam po prostu to działa jak powinno.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s