Polka we Francji

Dzięki gościnności pewnej rodziny, dostałam niezwykłą możliwość zamieszkania na jakiś czas pod Paryżem i poznania francuskich tradycji i obyczajów od kuchni (dosłownie i w przenośni, ale o francuskim jedzeniu innym razem ;)). Zaczęłam więc bacznie obserwować otoczenie i robić notatki w mojej głowie, by dostosować się do sytuacji. Zaakceptowałam więc bagietkę i kawę na śniadanie (tęskniąc niemiłosiernie do czegoś bardziej „konkretnego”), wprowadziłam do moich wypowiedzi kilka typowo francuskich onomatopei i zaczęłam przywiązywać o wiele większą wagę do tego, by każde moje ubranie było jednak trochę bardziej eleganckie niż zazwyczaj. Okazuje się, że był to jedynie mały krok w porównaniu z tym, co zostało jeszcze do przejęcia, by z sukcesem wtopić się we francuski tłum. Pytanie tylko czy warto… Ale od początku.

O Francuzach i ich kulturze mówi się wiele i najczęściej są to same pochwały – że są tak dobrze wychowani, że mają przepyszne jedzenie, że Francuzki są niezwykle szykowne, a Francuzi szarmanccy i romantyczni. Czasem ktoś wspomni ewentualnie, że bywają oni nieco flegmatyczni i aroganccy, ale to przecież tylko dodaje im uroku. Skoro o tym wszystkim powiedziano już wiele, ja wgryzę się w temat z nieco innej strony. Motyw przewodni na dziś – pojęcie czasu i punktualność.

Zawsze uważałam się za osobę dość zorganizowaną i „ogarniętą”, ale w granicach rozsądku oczywiście. Nigdy nigdzie się nie spóźniłam (naprawdę, nie mogę sobie przypomnieć choćby jednej takiej sytuacji), a jak umawiam się z kimś na konkretny termin to na pewno będę w ustalonym miejscu o ustalonej godzinie, a nawet kilka(naście) minut przed czasem. Gdy zdarza się, że rano zadzwoni budzik (ponieważ zazwyczaj budzę się kilka minut przed alarmem w komórce), wyłączam go natychmiast i wstaję. Bez klikania „drzemki”, bez oszukiwania się i wmawiania sobie, że jeszcze mogę pospać. Chyba zaczynacie rozumieć moje podejście do czasu – dość restrykcyjne, zwłaszcza jak na francuskie warunki.

Przez lipiec i sierpień pracowałam tu w biurze i dojeżdżałam do pracy z pewną Madame, która pracowała ze mną. Codziennie pytałam więc o której godzinie wyjeżdżamy do pracy następnego dnia i odpowiedź, jaka zazwyczaj padała w takiej sytuacji to „baaah… około 7?” (o onomatopejach w języku francuskim mogłabym napisać cały poemat, ale ograniczę się do krótkiego podsumowania na blogu). Tak więc każdego dnia byłam gotowa, by wyjść do pracy „około 7”, co w 99,9% przypadków kończyło się na tym, że musiałam czekać do 7.30, czasem nawet 8… Ale ponieważ byłam wdzięczna, że mam tak wygodny transport do pracy, nie pisnęłam ani słówka o punktualności.

Mam kilku przyjaciół we Francji, których poznałam na stypendium w Norwegii. Pomyślałam więc, że miło byłoby się znowu zobaczyć i nadrobić zaległości. Napisałam więc do wszystkich i… nic. Nie było żadnych odpowiedzi, bo przecież w lipcu i sierpniu cała Francja jest na wakacjach, nikt nie odpowiada na maile i w ogóle nikogo nie można namierzyć. Czekałam więc cierpliwie na koniec ich wojaży i doczekałam się. Umówiliśmy się, że spotkamy się w Paryżu „jakoś po południu”. Rano pojechałam więc do do miasta, by obejść kilka muzeów i mieć trochę czasu dla siebie, a po południu pójść na kawę ze znajomymi. Miałam dostać wiadomość z instrukcjami co do miejsca i godziny. Wiadomość, która nadeszła po 22, co niekoniecznie mieści się w moim pojęciu „jakoś po południu”. Południe dawno minęło, owszem, ale po południe również. W miejscu skąd pochodzę pora ta nazywana jest już „wieczorem”, a niektórzy pokusiliby się może nawet o pojęcie „noc”, ale mniejsza o nomenklaturę.

Pewnego razu rodzina, u której mieszkam wybierała się na północ Francji ze swoją córką, która chodziła tam do szkoły z internatem. Ponieważ był to początek nowego trymestru, chcieli oni zawieźć córkę samochodem, zamiast tylko podrzucić ją na pociąg jak zazwyczaj. Termin rozpoczęcia szkoły zbiegł się w czasie z powrotami z wakacji, co we Francji wiąże się z gigantycznymi korkami. Wszystko zostało więc szczegółowo zaplanowane i dopięte na ostatni guzik już dzień przed. Następnego dnia rano cała rodzina miała wyjechać z domu o 6 rano, by uniknąć korków, a ja miałam zostać „na straży” w domu. Nie zdziwiłam się jednak ani trochę, gdy następnego dnia wstałam o 7, a cała rodzina smacznie spała jakby nigdy nic. Po cichu wymknęłam się z sypialni, zjadłam śniadanie, umyłam zęby, rozłożyłam moje materiały do pracy i zaczęłam kolejny dzień. Około 8 zaczął się niewielki ruch i powolne przebudzanie się (czyt. wyłączanie dzowniącego co 10 minut budzika, wieczne „baaahhh” i „oh la la”), aż w końcu domownicy byli w stanie podnieść się z łóżek, doczłapać do kuchni i włączyć ekspres do kawy. Z wyjazdu o 6 rano nie pozostało nawet wspomnienie.

Innego dnia ja i mój Monsieur mieliśmy pomóc pewnemu znajomemu przy przeprowadzce. Zadanie polegało na rozkręceniu łóżka z Ikei, załadowaniu go do vana i przewiezieniu do nowego mieszkania. Ponieważ nasz znajomy pracował w wakacje (o dziwo!), umówiliśmy się na godzinę 20. O 21.15 nadal byliśmy w domu, a pogoda sprzyjała nam coraz mniej, terroryzując ulewnym deszczem i wiatrem. O 21.40 dostaliśmy wiadomość, że „wszystko już gotowe” (hoho nie tak szybko!) i możemy przychodzić. Przenoszenie fragmentów łóżka w nocy, w ulewnym deszczu nie należy do moich hobby, ale jak wiadomo trzeba sobie pomagać. Pomogliśmy, a jakże. Rozczarowanie niesłownością jednak pozostało.

Przykłady tak swobodnego podejścia do czasu i punktualności we Francji można mnożyć w nieskończoność. O ile na początku perspektywa takiego wyluzowania może się podobać, mnie po jakimś czasie zaczęła drażnić. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Francuzom nie można wierzyć, gdy mówią, że przyjdą gdzieś o określonej godzinie albo gdy chcą się umówić na dany dzień. Nieważne czy jest to spotkanie prywatne, czy zawodowe. Zegary tutaj zdają się żyć własnym życiem, a kalendarz jest wynalazkiem, który stanowi tylko sugestię do planowania.

Zaraz po moim przyjeździe do Francji pomyślałam sobie, że po prostu się przyzwyczaję do nowego trybu życia. Mieszkałam już wcześniej w innym kraju i tak bardzo mi się tam spodobało, że płakałam, gdy musiałam wyjechać. Różnica jednak polegała na tym, że tamtym krajem była spokojna i dobrze zorganizowania Norwegia, a nie rozlazła i flegmatyczna Francja. Zaczyna mi doskwierać brak zorganizowania, którego jestem nauczona od małego i które daje mi poczucie bezpieczeństwa w codziennym życiu. Nie potrafię się przestawić w 100% na tryb francuski i udawać, że spóźnialstwo mi nie przeszkadza. Jeśli los spłata mi figla i sprawi, że zostanę tu dłużej, chyba wprowadzę w życie moją misję pt. „Nauczmy Francuzów korzystania z kalendarzy i zegarów” :)

A bientôt!

2 uwagi do wpisu “Polka we Francji

    • Nie ma co się przyzwyczajać :) Moim zdaniem spóźnianie się nie jest w dobrym stylu i pokazuje tylko, że nie obchodzi nas osoba, która na nas czeka. Ja zawsze tak to odbieram przynajmniej.

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s